Wspomnienie o nowiutkich ochraniaczach Ami-cell :)
Były takie piękne i nowe.... Jak wiadomo jeśli czegoś
używamy to się to po prostu zużywa :) Nie ma rzeczy niezniszczalnych.
Ich historia zakupu jest krótka. Były tak tanie, że aż żal
było ich nie kupić bez względu na kolor i rozmiar. Kosztowały mnie (za
komplet!) 60 zł plus wysyłka. Pasują tylko na jednego konia w naszej stajni.
Wyrośniętą Elismę, która ma ogromne kulosy :D
Stan na 1 zdjęciu to nówki sztuki nie śmigane. Natomiast
reszta zdjęć to ochraniacze zaraz po jeździe w błotnistym terenie. W tym
momencie mają ok 2 lata i jak na tak tani produkt sprawują się świetnie. Rzepy
nadal trzymają mocno i mimo błota deszczu dają radę. Ten model jest już
niedostępny na stronie producenta, ale można tam spotkać ich młodszego brata,
który pewnie równie dobrze się spisuje nawet w ekstremalnych warunkach.
Widać na nich gołym okiem ślady użytkowania. Są porysowane
od wewnętrznej strony i gąbka wytarła się w niektórych miejscach. Za pewne są
to miejsca najbardziej narażone na obcieranie itd. co świadczy tylko o tym, że
spełniają swoją funkcję prawidłowo!
Dodam na koniec, że były one już wielokrotnie prane szczotką
i moczone całkowicie w wodzie. Nie są oszczędzane w żaden sposób. Koń zakłada
je jak my buty do każdej jazdy.
Może nie mają świetnego "dizajnu" i nie zdobi ich
znaczek światowej słynnej marki, ale swoją rolę spełniają i są przy tym tańsze
niż ochraniacze innych firm. Daję wielki plus. :)
......................................................
Quń








Brak komentarzy:
Prześlij komentarz